Zużyte czy nie, pozbywam się #37 2018

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.
Piątek, piąteczek, piątunio … przeżyliśmy pierwszy tydzień przedszkola, po 3 miesiącach wakacji i chorobie w pierwszym tygodniu września. Sukces, który można świętować. A tak serio zmęczona jestem, trzeba się przyzwyczaić na nowo do tego schematu, w ciągłym niedoczasie i biegu.


Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


Palmolive – Magic Softness – Pianka do mycia rąk

Kupuję i zużywam, zresztą wszyscy domownicy chętnie po nią sięgają, kupuję ponownie. Obecnie jest to jeden z obowiązkowych zakupów w Rossmannie, póki co nie widzę, żeby coś w tym temacie miało się zmienić. Ostatnio mam wrażenie, że nawet umilacze kąpieli tak często, jak ona nie pojawiają się w denkach.


Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


Maski w płacie – Beneton, MediHeal oraz Patchology

Tym razem im drożej, tym gorzej. Najtańsze z MediHeal przynajmniej na mojej skórze spisują się najlepiej, nic złego nie robią, a cudownie nawilżają i ujędrniają, czyli robią dokładnie to czego od nich oczekuję. Pozostałe 2 niestety mnie zapchały, może nie jakoś drastycznie, ale jednak, więc nie mam ochoty na nie. Co dla mojego portfela i skóry będzie na plus, bo w cenie każdej z nich mogę mieć maskę MediHeal. Pisałam o nich więcej w oddzielnym wpisie.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.

Dove – Odżywczy żel pod prysznic – Krem pistacjowy z magnolią

Gęsty krem, oblepiający, niby fajnie się rozprowadza, ale długo zmywa. Nie nadaje się do kąpieli, bo strasznie opornie się rozpuszcza. Męczyłam się z nim długo. Nie mam ochoty na powrót, choć niby nic złego mi nie zrobił. Wolę jednak lżejsze konsystencje.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.

REALAC – Hybryda – Soak Off Gel Polish – #107 – Grapetini

Lubię te lakiery, to od nich zaczęła się przygoda z samodzielnym robieniem hybryd. Przez półtora roku dużo ich przerobiłam, ale coś takiego mnie nie spotkało. Lakier zgęstniał, tak mocno, że mam problem, żeby wyjąć i włożyć pędzelek. A to w sumie nowa, bo letnia kolekcja. Nawet nie zdążyłam użyć, otworzyłam tylko, sprawdziłam kolor i odstawiłam, razem z innymi, nie był niedokręcony, nie stał na słońcu, cała kolekcja była przechowywana razem. Nie wiem co tu się stało. Szkoda, ale nie mam pomysłu, jak go odratować i czy się da, więc się go pozbywam.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.

Nivea – Olejek w balsamie – Kwiat pomarańczy

Zapach jest perfumowany, ale lekki i przyjemny, mimo, że smarowałam się nim cała, głowa mnie od niego nie bolała, więc dla mnie mega na plus. Przyjemnie się rozprowadza, fajnie wchłania, choć nie tak szybko, jak bym tego chciała. Nie daje uczucia przesadnej lepkości, raczej śliska powłoczka. Nałożony na skórę po goleniu, nie wywołuje pieczenia, a właśnie przyjemnie ją otula. Nie wchłania się w pełni, ale być może za dużo go nakładałam. Mimo, że miał za każdym razem dużo czasu na wchłonięcie, to potrafiły mi się odbić na skórze farfocle od spodni, które były już milion razy prane i nie powinny już nic tracić. Po goleniu zazwyczaj odczuwam ściągnięcie, a po tym gagatku cały dzień skóra była komfortowa, nie pociła się, mimo, że było ponad 25 stopni, a ja byłam w ruchu. Jednak co lepsze, po prysznicu, ponad dobę później moja skóra, była gładka, nawilżona i komfortowa. Zaskakujące, ale lubię go. Pisałam o nim ostatnio w 3 produktach z Le Petit Marseillais i Soraya.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


Allerco – Krem emolientowy natłuszczający

Dużo gęstszy, cięższy, bardziej treściwy, niż jego nawilżający brat. Nakładany w małej ilości, na początku stawia opór i ciut ciągnie skórę podczas rozprowadzania. Efekt natłuszczenia jest bardzo mocno widoczny, nie powiem, żebym to lubiła, ale przy wieczornej pielęgnacji nie straszne mi takie widoki. Jest bardzo komfortowy dla skóry, wchłania się fajnie, tak że zanim położę się spać, poduszka nie lepi mi się do twarzy. Rano skóra robi wrażenie, dobrze odżywionej, jakby dostała wszystko to czego potrzebuje. Jednak za każdym razem, rano na twarzy znajdowałam nowych nieprzyjaciół, co prawda nie były to wielkie bomby, a raczej małe, białe, płytko położone główki, ale jednak. Niestety jest dla mnie za ciężki, zapycha moją podatną na to skórę. Widać moja skóra natłuszczenia nie potrzebuje. Jednak krem nie uczula i nie podrażnia, nawet moich wrażliwych oczu, więc spokojnie znajdę dla niego inne zastosowanie lub pójdzie do mojej mamy, która ma skórę bardzo suchą i uwielbia produkty natłuszczające. Pisałam o nim i jeszcze 3 gagatkach z tej firmy.


Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


Svoje – Hydrolat z czarnej porzeczki

Cudnie pachnie, rzeczywiście kojarzy mi się z czarną porzeczką, taki lekko kwaśny. Jak przesadzę z ilością to jest bardzo wyraźny, ale to właśnie ten zapach mnie tak w nim urzeka. Stosuję go za każdym razem jako tonik. Nie uczula, nie podrażnia moich wrażliwych oczu, ale … co ciekawe za każdym razem występuje zaczerwienienie na dekolcie, jeśli i tam się zaplącze podczas rozpylania. Czyli mam wrażliwsze miejsca na skórze, a myślałam, że to się tylko twarzy tyczy. Muszę przyznać, że i na twarzy dosłownie przy ostatniej aplikacji pojawiły mi się plamy, widoczne, ale nie powodujące dyskomfortu. Zupełnie przyzwoicie radzi sobie z łagodzeniem różnych podrażnień mojej skóry. Używam z przyjemnością, a największą jego wadą jest pojemność, bo już mi się skończył, choć przyznać muszę, że go nie oszczędzałam. Początkowo mnie zachwycił, jednak im dłużej go używałam, tym moja wrażliwa skóra mocniej zwracała na niego uwagę. Już o nim i 6 innych gagatkach z tej firmy pisałam.


Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


The Balm – Overshadow No Money No Honey – Mineralny Cień do powiek

Dostałam go od Magdy z bloga Racja pielęgnacja. Śliczny był, jednak, u mnie cień sypki to porażka, co go otworzyłam, to wszędzie się znajdował. Nie na moją cierpliwość i brak czasu z rana, kiedy to właśnie robię makijaż. Już poleciał dalej, mam nadzieję, że nowa właścicielka bardziej go doceni.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


Bioxsine – Dermagen serum

Urodzinowy prezent od Ani z Aneczka blog. Na razie jeszcze nie chcę zdradzać rezultatów, pewnie poświęcę im oddzielny wpis, tym bardziej, że do końca kuracji jeszcze trochę mi zostało. Nie znęcają się nad moją wrażliwą skórą głowy. A i rąk nie pocięłam przy odłamywaniu główki, bo robię to przez ręcznik. A co ciekawe na razie widziałam tylko pozytywne komentarze na temat tej kuracji. Wiem, że czekacie na recenzje, ale z pierwotnych zachwytów, zaczynam mieć wątpliwości.

Ec Lab – Karite Spa – Fluid na końcówki włosów

Cud, miód i orzeszki. Nigdy bym się nie spodziewała, że taki produkt się u mnie sprawdzi, więc nawet nie sięgałam. Gdyby nie ta odlewka, którą dostałam od Ani z bloga Co kręci Anulę, pewnie bym nie miała okazji zmienić zdania. A i tak długo musiał poczekać, na kiepski włosowo moment. Powiem tyle, pełnowymiarowe opakowanie już u mnie wylądowało. Włosy, a raczej końcówki są obłędnie gładkie i ujarzmione, bez strąków i obciążenia.

Zużyte czy nie, pozbywam się to klasyczne denko.


Le Bleuet – Grejpfrut & drzewo różane – Kula do kąpieli

Dostałam ją od Mariki z bloga Le Bleuet w prezencie urodzinowym. Kocham wszelkie umilacze kąpieli, zwłaszcza te ręcznie robione. Cudowna była, aż szkoda, że po jednym użyciu przygoda się skończyła. Świeżo, lekko, nietypowo. Bez bólu głowy, gładka skóra, czysty relaks.