Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.
Nie lubię listopada, to zawsze najgorszy miesiąc w roku, szaro, buro i ponuro. Dobija mnie brak słońca i światła dziennego. Więc cieszę się, że już się skończył i zaczyna się szaleństwo wokół świąt. Które u mnie przebiega łagodniej od kiedy prezenty kupuję jeszcze w listopadzie. A jak u Was? Prezenty już gotowe?

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.


Vianek – Enzymatyczny żel myjący do twarzy 

Obietnice ze strony producenta:

Wyjątkowy żel, przeznaczony do oczyszczania cery naczynkowej, zaczerwienionej, wrażliwej. Bromelaina – enzym proteolityczny z ananasa delikatnie złuszcza martwy naskórek i wygładza. Ekstrakt z owoców czarnej porzeczki to źródło witaminy C, dzięki której skóra jest odporniejsza na skutki działania czynników zewnętrznych. Żel skutecznie myje, nie naruszając naturalnej bariery lipidowej, a olejek rumiankowyprzynosi ukojenie.
Cena 20,99 zł za 150 ml.

Skład (INCI):

Aqua, Glycerin, Coco-Glucoside, Bromelain, Panthenol, Propanediol, Ribes Nigrum Seed Extract, Mandelic Acid, Xanthan Gum, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Sodium Benzoate, Chamomilla Recutita Oil, Parfum.


Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

 Moje wrażenia:

Żele do mycia twarzy to nie są produkty, którymi zazwyczaj się zachwycam. Ale czasami zdarza się taki gagatek, który pasuje mi bardziej, niż inne. Ten pachnie słodko, delikatnie cukierkowo. Jest dosyć rzadki, daje się łatwo rozprowadzić, czasami nakładam go na suchą skórę, wtedy daje się w nią niemal wmasować. Na całą twarz wystarczy jedna pompka, więc jest całkiem wydajny. Ładnie oczyszcza twarz, weźcie jednak pod uwagę, że zawsze przed żelem używam micela. Delikatnie się pieni, łatwo daje się zmyć, nie trzeba wylewać niesamowitych ilości wody. Skóra po umyciu nim twarzy, nie jest mocno ściągnięta, ani rozdrażniona, nie domaga się toniku i kolejnych kroków pielęgnacji. Czyli zupełnie przyjemny żel, ale ostatnio coraz więcej takich. To co go wyróżnia to fakt, że skóra jest po nim rzeczywiście gładsza. Oczywiście nie mam tu na myśli tego co da nam peeling, czy też kwas. Ale po każdym użyciu jest odrobinę gładsza. Mimo wielu eksperymentów z kolorówką i pielęgnacją, mniej nieprzyjaciół mnie atakuje, a nie jest to efektem jakichś moich dodatkowych działań. A biorąc pod uwagę, że dzieje się to bez szkody dla mojej mocno jednak reaktywnej skóry, jest na ogromny plus. Obietnice producenta zostały spełnione.

Kupiłam go po przeczytaniu recenzji u Ani z bloga Co kręci Anulę.

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.
Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.


Couleur Caramel – Krem korygujący w odcieniu “Natural beige” 07


Poświeciłam mu cały wpis, więc jeśli macie ochotę na więcej zapraszam TU. Polubiłam go. Na tyle, że sięgam po niego za każdym razem, jak nie robię pełnego makijażu. I już rozważam zakup kolejnego, mimo, że mam w tym temacie potężne zapasy. Szybki, bezproblemowy, spełniający swoje zadanie, naturalnie wyglądający, nie muszę się przejmować co się z nim dzieje, wydajny. W końcu coś z naturalnej kolorówki, co mi się spodobało. I muszę przyznać, że zasłużył na dodatkowe wyróżnienie, mimo, że idealny nie jest. Listopad to miesiąc prawie bez makijażu u mnie, często maznęłam tylko trochę tego korektora i wychodziłam. Czasami dołożyłam puder oraz brązer i na tym się kończyło. Sięgam po niego automatycznie, mimo, że mam w czym wybierać, baaa nawet sobie naszykowałam pudełeczko kolorówki, którą chcę zużyć, a jednak po niego sięgam. A przy okazji wykorzystuję sytuację, żeby pokazać go w innym świetle, bo przy wpisie o nim, wypadł jakoś tak ciemno. Więc teraz nałożyłam go lżej, choć i tak, aż tyle pod oczy nie nakładam. A może w zestawieniu ze znanymi podkładami łatwiej będzie jego kolor ocenić.



Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Swatche:

Od lewej: Miss Sporty – Perfect to Last 24h – 100 ivory, Eveline – Liquid Control – Mattifying Drops Foundation – 010 Light Beige, Couleur Caramel w odcieniu “Natural beige” 07, Madara – Krem CC z kwasem hialuronowym SPF 15 – Medium Beige. A pod nimi kolejny ulubieniec, czyli brązer z Bell Hypoallergenic – Fresh Bronze Powder – 02.



Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Bell – HYPOAllergenic -Fresh Bronze Powder – Hypoalergiczny puder brązujący w odcieniu 02

Cena 23,99 zł za 9 gr.

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Obietnice ze strony producenta:

Puder brązujący ma zaskakująco wiele zastosowań. HYPOAllergenic Fresh Bronze Powder wyrównuje koloryt skóry, a dodatkowo może służyć do wymodelowania twarzy oraz zastąpić róż do policzków. Sprawia, że twarz wygląda jak muśnięta słońcem. Kolor jest delikatny, a efekt można wzmacniać kolejnymi warstwami. HYPOAllergenic Fresh Bronze Powder nie zawiera substancji zapachowych. Przebadany pod kontrolą lekarza dermatologa. Odpowiedni dla osób o skórze wrażliwej i skłonnej do alergii.

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Skład (INCI):

Talc, Mica, Magnesium Myristate, Isocetyl Stearoyl Stearate, Octyldodecyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Kaolin, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Copernicia Cerifera Cera (Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax), Tocopheryl Acetate, Ethylhexylglycerin, Tetrasodium Pyrophosphate, Citric Acid, Phenoxyethanol, CI 77491, CI 77492, CI 77499 (Iron Oxides), CI 77891 (Titanium Dioxide).

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Moje wrażenia:

Po długim czasie panowania, wyparł mojego ulubieńca Wibo – Beach Cruiser – 02 Cafe Creme, który zajął miejsce wcześniejszego ulubieńca z Bell, czyli Matowy puder brązujący w odcieniu 01, którego udało mi się nawet zdenkować, tak tak takie cuda się zdarzają, żeby wykończyć coś z kolorówki. A ponieważ sentyment do tych brązerów mam to podczas zakupów chwyciłam od razu 2 odcienie, tak na wszelki wypadek, gdyby firma chciała je za szybko wycofać. No i zakochałam się od pierwszego użycia. Poniżej możecie zobaczyć porównanie kolorów, jednak warto brać pod uwagę fakt, że do zdjęcia nakładałam je grubą warstwą i palcem, żeby były widoczne. Normalnie, na twarzy, nałożone pędzlem, nie są aż tak ciemne. Ale wracając do mojego ulubieńca, jest ciepławy, ale nie pomarańczowy, bardziej oliwkowy. Wykończenie ma miękkie, satynowe, co muszę przyznać teraz podoba mi się dużo bardziej, niż mat. Lepiej wygląda na skórze, bardziej naturalnie. Ale też na szczęście nie ma w nim drobinek i raczej nie można go zaliczyć do tych rozświetlających, więc znowu dla mnie na plus, bo nie przyciąga uwagi do faktury skóry. To najjaśniejszy brązer jaki do tej pory miałam. Chyba dorosłam już do przywracania skórze trójwymiarowości, zamiast ją ocieplać, przyciemniać, konturować. Co nadal mi się zdarza, czasami miewam na to ochotę, ale coraz bardziej w takim codziennym makijażu stawiam na naturalność. I on mi to wszystko daje, bo jest trochę ciemniejszy od mojej skóry, oczywiście daje się stopniować, ale ciężko z nim przesadzić. Łatwo go rozetrzeć, nie robi plam i tu uwaga. Zdarza mi się go nałożyć tylko na krem, na poranną pielęgnację. Nakładam korektor Couleur Caramel pod oczy, pudruję strefę T pudrem z odrobiną koloru, nakładam brązer na obrzeża twarzy i oczy, tuszuję rzęsy, wychodzę. Uwielbiam go. 

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Swatche:

Od lewej: Bell – HYPOAllergenic -Fresh Bronze Powder w odcieniu 01, Bell – HYPOAllergenic -Fresh Bronze Powder w odcieniu 02, Wibo – Beach Cruiser – 02 Cafe Creme.

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

GlamShop – GlamBrush – Pędzel – O15

Kilka słów ze strony producenta:

Wielki powrót naszego kultowego pędzla do rozcierania. Pędzel wykonany jest z mieszanego włosia wiewiórki oraz najwyższej jakości włosia koziego co sprawia, że jest on ultra miękki. Lekko szpiczasty układ włosia pozwala na bardzo precyzyjne rozcieranie koloru.
Cena 29,00 zł.

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Moje wrażenia:

Przyznam szczerze, że na początku nie byłam fanką pędzli z GlamShop, oddałam je dla mojego syna do malowania farbkami, bo tak mocno mnie drapały te do oczu, że nie mogłam się zmusić do ich używania. Jednak jestem fanką Hani, więc oglądam wszystko co wrzuca na YT, a co za tym idzie kuszą mnie jej nowości. Latem popełniłam ogromne zakupy, głównie pędzlowe, byłam ciekawa zmiany jakości. No i co tu dużo pisać, zmiana jest bardzo na plus. To już kolejny pędzel, po O114, który trafia do ulubieńców. Jeśli chodzi o wykonanie to nie mam mu nic do zarzucenia. Nic się z nim nie dzieje, a ja nie pieszczę się z moimi pędzlami. Myję czym popadnie, suszę bez osłonek, używam jak mi przyjdzie ochota. A jak go używam? Jak nie mam czasu i weny, sięgam po brązer, nakładam go tym pędzlem pod okiem, co oznacza 2 pociągnięcia. Kolejne kilka ruchów na powiece ruchomej i w zewnętrznym kąciku. Świetnie rozciera, ale też dobrze łapie cień i daje się nim całkiem precyzyjnie nałożyć produkt, więc bez problemu mogę przyciemnić ten zewnętrzny kącik. Jak go zobaczyłam myślałam, że będzie za duży, za długi i zbyt szpiczasty. A tymczasem jest idealnym pędzlem do oczu, bo wystarczy mi on jeden na co dzień. Uwielbiam takie uniwersalne gagatki. Oczywiście mam masę innych i w miarę potrzeb po nie sięgam. Ale listopad to miesiąc “robię minimum” i właśnie w tym kiepskim momencie ten gagatek wybił się na tle innych.

Ulubieńcy listopada 2018, nie tylko kosmetycznie, czyli to czego nadużywałam w ciągu ostatniego miesiąca.

Listopad to też kolejny miesiąc z Netflixem. Na początku miesiąca królował:

RuPaul’s Drag Race

Słyszałam o nim od dawna, ale jakoś uznałam, że to nie jest rozrywka dla mnie, ale w końcu za bardzo mnie korciło, żeby jednak sprawdzić. No i jak zaczęłam, tak przeleciały mi wszystkie sezony. I okazało się, że jest w nim mniej dramy, niż w naszej tv i więcej wartości, niż w większości programów rozrywkowych. Chyba jestem jednak bardziej otwarta na ludzi, niż mi się wydawało, a może dobija mnie to co słyszę ostatnio za często.
Następnie na tapecie wylądował serial:

Grimm

Oglądałam go lata temu i lubiłam, ale już się pogubiłam i nie wiedziałam na czym skończyłam. Więc zaczęłam od nowa i muszę stwierdzić, że to był dobry pomysł. Aż do sezonu 4 oglądałam z ogromną przyjemnością. Tym bardziej, że sięgali coraz dalej po inspiracje, poza Baśnie braci Grimm. Potem kogoś fantazja trochę poniosła. Fajne tempo odcinków, każdy będący małą zamkniętą historią, gdyby nie grupa przyjaciół, których losy splatają całość. Trochę kryminału, trochę akcji, ogrom wszystkiego co nadnaturalne.