Ulubieńcy kwietnia 2018, nie tylko kosmetycznie

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.


Nie wiem jak to jest, że w połowie miesiąca zawsze mam masę pomysłów na ulubieńców, a jak przychodzi czas na ten wpis to nagle większość z nich traci to coś, co mnie na początku w nich zachwyciło? I tak oto kończę z znowu z 3. Choć tym razem część niekosmetyczna jest bardziej rozbudowana niż zwykle. A co Was zachwyciło w ostatnim czasie?

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Wibo – Beach Cruiser – 02 Cafe Creme

Bardzo delikatny, mocno się pyli, wystarczy dotknąć i już pędzel jest pokryty. Nie jest to nic nad czym nie da się zapanować, wystarczy trochę uwagi. Rozprowadza się świetnie, nie robiąc plam, nie trzeba się starać, praktycznie sam się rozciera. Daje się budować, a jednocześnie trudno z nim przesadzić. Kolor jest dla mnie idealny, ani ciepły, ani zimny, idealnie po środku, czyli mogę go spokojnie nakładać na całą twarz, bez podziału na ocieplanie i konturowanie. Fajnie też wygląda na oku, idealny brąz do zaznaczenia załamania. Utrzymuje się cały dzień, może minimalnie blaknie, ale nie jest to nic co by wychodziło poza normę utrzymywania się brązera na mojej skórze. Od zakupu używam go codziennie, wszystkie inne poszły w odstawkę. Uwielbiam go.

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Nacomi – Krem arganowy na noc z kwasem hialuronowym

Dostałam go od Agnieszki z bloga Kosmetyczny Fronesis. Lubię ich krem pod oczy, który wylądował w ulubieńcach kwietnia 2017, a kolejne opakowanie czeka na swoją kolej, więc i kremu do twarzy byłam ciekawa. Spodziewałam się równie ciężkiej konsystencji, jednak to po prostu normalny krem, ani za ciężki, ani super lekki. Zapach ma przyjemny słodkawy. Rozprowadza się go przyjemnie, bezproblemowo. Potrzebuje chwili, żeby się wchłonąć, bo zostawia białawy ślad. Na szczęście po paru minutach już nic nie widać, nie zastyga i nie czuć go na twarzy, tak jak wielu tych z bardziej naturalnymi składami. Od nałożenia, komfort i nawilżenie, lekkie ochłodzenie, cudowne uczucie po całym dniu dla zmęczonej i rozdrażnionej demakijażem skóry twarzy. Nie uczula, nie podrażnia, nie zapycha. Nie potrzebuję dodatkowych kroków pielęgnacji, żeby skóra rano była komfortowa i nie rozdrażniona. Bardzo się z nim polubiłam.

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Delia – Jednoskładnikowa ekspresowa henna do brwi

Od dłuższego czasu chodziła za mną henna, ale nie miałam kiedy się ruszyć, żeby ktoś mi to zrobił. A zawsze mi się wydawało, że to upierdliwy temat, żeby zrobić to samodzielnie. Jednak Ania z bloga Kobieta Nieidealna, poleciła mi kiedyś jednoskładnikową. Jakie to jest łatwe! Opakowanie, jak małego tuszu do rzęs, tylko zamiast spiralki jest pędzelek. Przy pierwszym podejściu mega bawiłam się z wyrysowaniem kształtu, żeby potem nie wyglądać, jak … z upaćkaną na czarno skórą. Zupełnie niepotrzebnie, po 5-10 minutach ścieram to co nałożyłam wilgotnym wacikiem i tyle. Produkt nie zostaje na skórze, tylko brwi łapią kolor. I na szczęście nie zostają tak ciemne, jak sama henna. Moje ciemno brązowe brwi zostają przyciemnione, kolor zostaje pogłębiony, odświeżony. Nie spływa, nie piecze, nie podrażnia, nie uczula, nie zapycha. Można ponawiać aplikację co 3 dni, ale mi w zupełności wystarcza raz w tygodniu. Jest zupełnie nie uciążliwa, a do tego, można ją nakładać wielokrotnie, więc cena regularna 18,49 zł, nie jest przerażająca. Może nie jest najtrwalszy, ale spokojnie jestem wstanie znaleźć te 10 minut wieczorkiem, nawet 2 razy w tygodniu, w zamian za zaoszczędzone rano, choćby tylko 2 minuty na ich podkreślenie kredką. Już nie mówię, jaką różnicę robią, jak nie robię makijażu, przy zachowaniu naturalnego wyglądu. A łatwość używania, sprawia, że nawet osoba taka jak ja, czyli zupełnie bez zdolności manualnych, nie zrobi sobie krzywdy. Fantastyczny produkt. 

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.

Serial: Dark

Lubię seriale, tym bardziej te produkcji Netflix. Współczesne Niemcy, elektrownia atomowa, podróże w czasie, zaginione dzieci, powtórka z wydarzeń sprzed 30 lat. Petarda, już dawno serial nie zrobił na mnie takiego wrażenia, oceniany jest dobrze, a jest jeszcze lepszy, niż się spodziewałam. 

Dawno już nie miałam tak, żeby cała płyta mi się spodobała, a jeszcze, żebym ją męczyła tak nałogowo … A nie czułam zachwytu od początku. Idealnie wpisuje się w moje potrzeby, umilając mi drogę na przystanek i jazdę autobusem do pracy. Lekko, bujająco, inaczej. Z jednej strony wybija się pośród wszystkich rozpraszaczy, a z drugiej nie jest na tyle narzucająca się, żebym nie mogła się skupić na książce. 

Ulubieńcy kwietnia, czyli czego nadużywałam w ostatnim czasie, nie tylko kosmetycznie.


Książka: Martyna Raduchowska – Szamanka od umarlaków


Przyciągnęła mnie od pierwszych stron. Bardzo polubiłam prześladowaną przez pecha Idę i jej ciotkę Teklę, której dusza czeka z przejściem na drugą stronę, do momentu skończenia przez Idę szkolenia. Ale i ekipa WON zapowiada się nader dobrze. Kolejny tom już czeka tylko na odebranie. Chyba odnalazłam kolejną polską autorkę, po której wszystkie książki będę sięgać.