Kamień peelingujący od Pierre De Plaisir

Moja wrażenia z używania Kamienia peelingującego od Pierre De Plaisir.
Jakoś wcześniej nie wpadł mi w oko, a może po prostu go nie zapamiętałam, ale dostałam go na spotkaniu Maybe Beauty w listopadzie ubiegłego roku. Co jak co, ale peelingi to ja uwielbiam, a ten założenia ma cudowne. Jednak jak na niego zareagowała moja wrażliwa skóra?


Moja wrażenia z używania Kamienia peelingującego od Pierre De Plaisir.

Obietnice producenta z jego strony internetowej:

“Peelinguje, wygładza i rozjaśnia skórę całego ciała. Ujędrnia i wygładza uda i pośladki pomagając zwalczać cellulit i rozstępy. Niesamowite efekty jego działania widoczne są już po pierwszym zastosowaniu.”
Mam mniejszą wersję, do twarzy, więc na tych obietnicach skupiać się nie będę.
“Delikatnie złuszcza naskórek i oczyszcza skórę twarzy. Wygładza i usuwa przesuszony naskórek. Delikatnie wyrównuje koloryt skóry. Idealnie dopasowuje się do konturów twarzy dzięki kolistemu kształtowi i małym wymiarom.”
Ciężko mi się do tego odnieść, bo moja skóra nie została jakoś szczególnie wygładzona, za to wręcz poszarpana. Przesuszonych skórek praktycznie nie miewam. Wyrównanie kolorytu zdecydowanie nie, bo wszędzie gdzie skóra miała z nim kontakt, była czerwona, zaogniona. Jeśli chodzi i dopasowanie do konturów twarzy, to raczej nie ma takiej opcji, bo to twarz musi się do niego dostosować. O ile na policzkach nie jest to problem, o tyle trudniej dostępne miejsca już tak łatwe nie są do ogarnięcia.
“Opływowy kolisty kształt ułatwia poślizg na skórze i sprawia, że kamień doskonale układa się w dłoni, umożliwiając delikatny ucisk twardej struktury kamienia na mięśnie ciała i twarzy odprężając je i relaksując w czasie zabiegu.”
Rzeczywiście jest poręczny, fajnie leży w dłoni. Jednak ten poślizg na mojej skórze nie występuje, bo robi wrażenie, jakby chwytał skórę, jakby przy próbie wyrwania włosków, zaciągając skórę. Niestety ani razu nie uważałam, żeby odprężał czy relaksował.
“Wystarczy zmoczyć kamień wodą i nalać na niego trochę mydła w płynie lub żelu do twarzy, a następnie okrężnymi ruchami pocierać zmoczone ciało. Kamień nie brudzi, nie kapie, nie osypuje się w czasie stosowania.”
Tu upatrywałam porażki podczas pierwszego użycia. Namoczyłam kamień i co kilka ruchów go moczyłam, skórę miałam mokrą, ale nie użyłam żelu. Co do reszty, rzeczywiście nie brudzi, nie kapie i nie osypuje się.
“Wykonany z naturalnej, czystej gliny, bez chemicznych dodatków. Stosowany wg zaleceń nie podrażnia skóry. Przebadany dermatologicznie.”
Być może nie potrafię go stosować, moja skóra została podrażniona.


“Bardzo trwały i odporny na uszkodzenia. Nie zużywa się, nie ściera i nie zmienia swojej struktury. Aby odświeżyć kamień można podgrzać go w piekarniku w 250st przez ok.30 minut.”
Rzeczywiście w tym temacie nie mogę mu nic zarzucić.
“Szybko usuwa wszelkiego rodzaju przebarwienia na skórze (ziemia, trawa, smary, atrament, tusz, buraki, orzechy, owoce) a także nieprzyjemne kuchenne zapachy (czosnek, cebula, ryba).”
Swojej wersji używałam tylko do twarzy, więc nie mogę się do tego odnieść.
“Delikatny także dla dziecięcych stóp i rączek – wygładza wysuszone piętki oraz pomaga usunąć z dłoni ślady po pisakach, długopisie czy kleju.”
Większości produktów używam najpierw na sobie, dopiero potem na synu. Nie przeszedł testu na mnie, więc nie ma szansy, żebym użyła go na synu.
“Stanowi naturalną, piękną i oryginalną dekorację otoczenia. Można go wyeksponować w dowolnym miejscu w łazience – na zlewie, wannie lub półce pod prysznicem – dzięki czemu jest zawsze pod ręką, gotowy do użycia.”
Kwestia gustu, ale wizualnie mi nie przeszkadza.


Moja wrażenia z używania Kamienia peelingującego od Pierre De Plaisir.

Moje pierwsze spotkanie z tym produktem przebiegło bardzo negatywnie. Te z Was z którymi rozmawiałam o tym na bieżąco, wiedzą, że uszy więdły jak go opisywałam. Ciężko mi było uwierzyć, że może zachowywać się tak źle, więc trochę o nim poczytałam. Pierwszy raz użyłam go podczas kąpieli w wannie. Namoczyłam kamień solidnie, dając mu około 10 minut na namoknięcie, mimo, że pewnie było to zbędne, ale w końcu miałam czas. Umyłam twarz stosowanym od dłuższego czasu żelem do mycia twarzy, opłukałam i zaczęłam delikatny masaż kamieniem. Mam skórę wrażliwą, więc nawet przy klasycznych peelingach nie mam tendencji do znęcania się nad własną skórą, tym bardziej póki nie znam mocy produktu. Na czole jest mało przyjemny, pewnie dlatego, że nie jest to szczególnie miękka część mojej twarzy. Na policzkach odczuwałam go zupełnie inaczej, nie był nieprzyjemny. Przy nosie trzeba było pokombinować z jego ułożeniem, żeby ogarnąć nierówności, ale miałam wątpliwości, że wyszło to wystarczająco dobrze. Uznałam jednak, że najwyżej zrobię sobie potem zwykły peeling, jeśli nie będę zadowolona. Jeszcze tylko 2 razy musnęłam usta i zostawiałam kamień i twarz w spokoju. Wrażenia z masażu trochę mnie niepokoiły, bo wydawało mi się, że nawet bez nacisku, a tylko przesuwając kamieniem po twarzy, zaciąga mi skórę. Ale uznałam, że pewnie chwyta meszek i stąd takie wrażenia. Jednak twarz zostawiona sama sobie coraz bardziej się rozgrzewała. Stonizuję twarz i będzie dobrze … no nie. Przyjrzałam się skórze twarzy w lustrze, a ona cała zaczerwieniona, zaogniona, chropowata zarówno pod palcami, jak i widocznie. Zdarłam sobie skórę, na twarzy i na ustach, baaa nawet pieprzyk został naruszony, tak że krwawił mi prawie przez tydzień. Ukojenie skóry zajęło mi cały dzień, kombinowałam i nakładałam wszystko na co wpadłam, a i tak nie mogłam ukoić skóry. Dziewczyny mi doradzały co zrobić, ale praktycznie nic nie działało, czas pomógł. Następnego dnia skóra robiła wrażenie, jakby było na niej milion mikro strupków. To jak wyglądała przez kolejny tydzień to jakaś abstrakcja. Makijaż owszem pomaga przy kryciu niedoskonałości, ale nie takich, moja skóra nigdy nie miała tak nierównej, chropowatej powierzchni, niestety podkłady, nawet na bazie tylko to podbijały. Ale jak tu zrezygnować z podkładu, jak twarzy jest cała czerwona, efekt zapewne podobny, jak po agresywnych zabiegach. A do pracy trzeba iść. Po tygodniu użyłam delikatnego peelingu, żeby choć trochę wyrównać fakturę skóry i tak co 2 dni, ostrożnie, żeby nie rozdrażnić skóry za bardzo. Po kolejnym tygodniu, faktura skóry była już znośna, ale sama skóra nadal mega wrażliwa. Przez miesiąc stawiałam na wszystko co pomoże mi skórę ukoić, udało się, znowu wróciła do normy.

Jednak jak już skóra wróciła do normy i poziom negatywnych emocji opadł trochę, poczytałam, znalazłam swój potencjalny błąd i uznałam, że odłożę go na chwilę zamiast wywalać i może za jakiś czas odważę się dać mu jeszcze jedną szansę. Czego mogło zabraknąć za 1 razem? Żelu. Wczoraj odważyłam się dać mu jeszcze jedną szansę. Umyłam twarz sprawdzonym żelem, zmyłam, nałożyłam świeżą warstwę żelu na kamień, zaczęłam masować, haczy, dołożyłam żelu, jest ok. Tam gdzie żelu było cienko, znowu haczy, dokładałam. Przy grubej warstwie żelu masaż był nawet przyjemny, choć miałam wrażenie, że kamień po prostu w ten sposób nie dotyka skóry. Efekt? Tam gdzie kamień dotknął skóry, jest zaczerwieniona, jakby porysowana. Tam gdzie żelu było bardzo dużo, skóra jest umyta, ale wygładzenia brak. Jasne bałam się dociskać bardziej, bo wiem czym to haczenie się skończy dla mojej skóry. Kolejnych podejść nie planuje, szkoda mi skóry i tak jestem zaskoczona, że po takim pierwszym spotkaniu, dałam mu jeszcze jedną szansę, leci do denka.
Moja wrażenia z używania Kamienia peelingującego od Pierre De Plaisir.

Jednak nie wszystkie wrażenia na temat tych kamieni są tak negatywne jak moje. Monika z bloga My mix of life ma zupełnie inne doświadczenia z nimi związane.

Znacie je? Używacie? Co o nich myślicie?

Moja wrażenia z używania Kamienia peelingującego od Pierre De Plaisir.